Bańka internetowa - czy stanowi zagrożenie?

Zjawisko bańki giełdowej jest znane od stuleci. Pierwsze tego typu wydarzenie miało miejsce w siedemnastowiecznej Holandii, kiedy to ceny cebulek tulipanów urosły do gargantuicznych wielkości. Potem pękały bańki związane m.in z kompaniami handlowymi i kolejowymi. Na przełomie XX i XXI wieku eksplodowała tzw. Dotcom Bubble (ang. bańka internetowa),która zdewastowała młodziutki rynek start-upów internetowych - i to właśnie jej przyjrzymy się dzisiaj.

Bańka giełdowa i bańka internetowa

Bańka internetowa jest pompowana głownie przez nadmierny entuzjazm oraz nieuczciwe działania spekulacyjne. Ceny akcji podmiotów z danego obszary gospodarki gwałtownie rosną, niesione optymistycznymi prognozami na temat ich przyszłości. Na giełdę wchodzą spółki z katastroficznie zawyżonymi wycenami. Spekulanci dolewają oliwy do ognia, przez co indeksy pną się w górę jak szalone. Otrzeźwienie przychodzi w momencie, gdy okazuje się, że “pompowane” firmy wcale nie są warte tyle, co zakładano. Wyniki finansowe za kolejne kwartały pozostawiają wiele do życzenia, na dodatek na jaw wychodzą zawyżane prognozy spółek. Inwestorzy dostrzegają swój błąd i zaczynają gwałtownie wycofywać swoje kapitały, co w ujęciu makro staje się masową paniką. Indeksy giełdowe spadają na łeb, na szyję, przeceniane firmy upadają, tysiące ludzi ląduje na bruku.

Amerykańska bańka internetowa

I tak właśnie było w USA na przełomie wieków. Mocną pozycję na rynku wyrobiły sobie firmy od sprzętu i oprogramowania - m.in Microsoft, Oracle oraz IBM. Upowszechnianie się dostępu do Internetu i stworzenie funkcjonalnych przeglądarek sprawiło, że małe biznesy online powstawały jak grzyby po deszczu, licząc na sukces taki, jaki odnieśli starzy wyjadacze w branży IT. Firmy zakładano masowo, często nieposiadając kapitału ani nawet sensownego biznesplanu. Większość opracowań opierała się ślepej wierze w świetlaną przyszłość internetowej ekonomii. Kolejne dot-comy wchodziły na giełdę po krótkim czasie funkcjonowania, a inwestorzy opierali się na ich prognozach finansowych, nie czekając na realne wyniki. Wśród przedsiębiorców panowało złudzenie, że Internet jest niewyczerpaną żyłą złota i wystarczy ciekawy pomysł i dobre chęci, by zarobić góry pieniędzy. Wszystko działo się zbyt nagle i za szybko - ogłaszano nadejście nowej gospodarki, której podstawą jest globalna sieć WWW. Jak się okazało, stało się to za wcześnie.

Nowo powstające firmy online kierowały się filozofią szybkiego wzrostu. Większość ich wydatków szło na inwestycje i próby poszerzenia oferty, co skutkowało notowany co kwartał stratami. To były niezwykle ryzykanckie działania, gdyż nikt nie miał pewności, czy interes rzeczywiście odniesie sukces i nakłady się zwrócą. Jak się okazało później, dot-comy w większości przypadku przeinwestowywały, gdyż optymistyczne prognozy na temat rynku internetowego w ogóle się nie sprawdziły.

Konsekwencje były przerażające. Indeks NASDAQ - amerykańskiej giełdy nowych technologii - zaczął dramatycznie pikować w dół. Setki przedsiębiorstw upadło, w tym te, które jeszcze parę miesięcy wcześniej były wyceniane na całe miliardy dolarów. Na pęknięciu bańki ucierpieli także starsi potentaci, tacy jak Cisco i Microsoft, jednak dzięki stabilniejszym podstawom finansowym i większych aktywach udało im się przetrwać. Upadły takie serwisy, jak Pets.com, Boo.com czy AG Tools. Sumaryczna strata w latach 2000-2002 wyniosła 5 bilionów dolarów.

Współczesna bańka internetowa

Mawia się, że historia lubi się powtarzać. To, że bańka internetowa pękła raz, nie oznacza, że nie stanie się to ponownie. Wszakże ich eksplozje zdarzają się przynajmniej kilkaktrotnie w jednym stuleciu. Kiedy na giełdę wszedł Facebook - wyceniany na 100 miliardów dolarów - pojawiły się głosy, że być może obserwujemy, jak rodzi się kolejna wielka bańka internetowa. Niepokój trzeźwo myślących był podsycany przede wszystkim kiepskimi wynikami finansowymi wchodzących na NASDAQ firm - Facebook notował niewielki zysk przy swojej wartości, Twitter i Pandora (internetowe radio) przynosiły straty. Entuzjazm inwestorów osiągnął podobną skalę, co ponad dekadę temu, dlatego obawy były uzasadnione.

Przyjrzyjmy się temu, jak radzą sobie obecnie omawiane firmy. Facebook zalicza stabilny wzrost - obecnie za jego akcję trzeba zapłacić 54 dolary, o 16 więcej niż pierwszego dnia. Pandora - o dziwo - zwiększyła swą wartość o 100 procent. Twitter urósł prawie trzykrotnie - z 26 do 61 dolarów za udział. Jedynie Zynga, która robi aplikacje rozrywkowe na Facebooka, ostro traci. Trudno się dziwić - fundamenty tego biznesu są bardzo kruche, opierają się głównie na popularności portalu Zuckerberga. Kiedy Facebook upadnie albo ludzie znudzą się prostymi gierkami przeglądarkowymi, Zynga po prostu zbankrutuje.

Jak widać, obserwowane są ciągłe wzrosty, często nawet gwałtowne, jak w przypadku Twittera. Popatrzeć trzeba zatem na wyniki finansowe notowanych firm. Wspomniany Twitter w 2013 stracił 133 miliony dolarów (dane za trzeci kwartał). Facebook po 9 miesiącach ubiegłego roku zanotował zysk w wysokości 977 milionów dolarów - dość mały jak na wartą mniej więcej 150 miliardów firmę. Zynga po trzech kwartałach straciła 60 tysięcy dolarów. Pandora zarobiła na czysto marne 2,1 miliona. Teraz zestawmy te niezbyt optymistyczne dane z sytuacją wymienionych biznesów na giełdzie - nie wygląda to dobrze.

Bańka internetowa - pęknie czy nie pęknie?

Podsumowując, to, że kolejna bańka internetowa pęknie, jest całkiem realne. Inwestorzy znów popłynęli na entuzjazmie wobec nowych technologii, kompletnie ignorując rzeczywistą wartość firm z tej branży. Ponadto panuje dziwne przeświadczenie, że potężne obecnie portale internetowe będą rozdawać karty na rynku już zawsze - a przecież rynek IT rządzi się zupełnie innymi prawami niż inne rynki. Co innego wyceniać kompanię naftową, na której produkty będzie stabilne zapotrzebowanie przez następne lata, a co innego szacować wartość firmy robiącej gierki na Facebooka. Granie w FarmVille może się znudzić - benzyna będzie konieczna ludzkości jeszcze przez najbliższe dekady. Biznesy technologiczne często ignorują potrzebne inwestowania w środki trwałe, stawiając wszystko na jedną kartę. Jeśli koncern naftowy wpadnie w tarapaty finansowe, odsprzeda część swoich pól roponośnych i urządzeń. A co sprzeda radio internetowe?