Gospodarki świata (cz. 4) - Potęga USA

Jedna czwarta światowego PKB jest wytwarzana w Stanach Zjednoczonych - i to pomimo koszmarnego kryzysu, który schłodził gospodarkę tego giganta na kilka lat. USA pozostaje potęgą ekonomiczną, wojskową i polityczną, stojąc na pozycji pierwszego w historii globalnego hegemona. Niektórzy badacze stosunków międzynarodowych wskazują, że obecnie mamy do czynienia z system unilateralnym, to znaczy takim, w którym na dyplomatycznej scenie karty rozdaje tylko jeden gracz - USA. Jakie są korzenie potęgi tego federalnego państwa? Jak to się stało, że właśnie tam, na zasiedlonych niegdyś przez Indian ziemiach narodził się tak bogaty kraj?

Z wymienionych w rozdziale wstępnym czynników kształtujących gospodarki w przypadku USA największą rolę odegrały geografia, polityka oraz czynniki kulturowe, wynikające ze specyficznego charakteru tego państwa. Przyjrzyjmy się im bliżej.

Geografia Stanów Zjednoczonych

Zasoby naturalne na terytoriach USA miały (i wciąż mają) ogromne znaczenie dla rozwoju gospodarki tego kraju. Wszyscy z pewnością kojarzą wielkie Gorączki Złota, rozpalające wyobraźnię tysięcy śmiałków, którzy jechali w nieznane, licząc na wielką fortunę. Złoża cennego kruszcu były odkrywane m.in. w Kalifornii i na Alasce, co przyczyniło się do zasiedlenia tych wcześniej odludnych terenów. Gdy zaczęła rozwijać się technologia telegrafowa, w USA zaczęto masowo wydobywać miedź. Kiedy w produkcji pojawiły się pierwsze automobile, setki Amerykanów wzbogaciły się na eksploatacji złóż ropy naftowej. Zasoby uranu pozwoliły w latach czterdziestych wdrożyć Projekt Manhattan, dzięki któremu powstały bomby jądrowe - a później również elektrownie wykorzystujące ten rodzaj energii. Na bezkresnych przestrzeniach Ameryki wypasa się ogromne stada bydła. W kopalniach wydobywa się węgiel i żelazo, które były motorem napędowym gwałtownej industrializacji w XIX i XX wieku. Krótko mówiąc - wielość surowców naturalnych przyczyniła się wybitnie do rozkwitu amerykańskiej gospodarki. Dodając do tego przepastne terytoria i rosnące wskaźniki demograficzne, otrzymujemy idealne warunki do powstania supermocarstwa.

Jest jeszcze jeden aspekt geograficzny, o którym warto wspomnieć. Rozrastając się w XIX wieku, terytorium Stanów Zjednoczonych zaczęło się rozciągać od jednego oceanu do drugiego. W tym stuleciu admirał Mahan sformułował swoją koncepcję, która mówi, że ten, kto rządzi morzami, rządzi światem. Doceniał on znaczenie możliwości szybkiego transportu wodnego, pozwalającego na strategiczne i taktyczne przesuwanie wojsk. Wskazywał na konieczność budowy kanału łączącego oba oceany - co spełniło się na początku XX wieku, gdy zbudowano Kanał Panamski. Jego doktryna, nazwana później jego nazwiskiem, stawała w opozycji do koncepcji geopolitycznych, które podkreślały siłę państw śródlądowych z silną armią naziemną. Admirał po części dobrze rozumiał swoją epokę, a po części wyprzedzał ją. Dostrzegał potęgę Wielkiej Brytanii, która wynikała z posiadania kolonii oraz rozbudowanej floty wojennej i handlowej. Z drugiej strony zaś przewidział powstanie nowoczesnych okrętów wojennych, których zasięg, szybkość i możliwości mają ogromne znaczenie dla układu sił na świecie. Doktryna Mahana jest wykorzystywana przez USA do dziś - potęga militarna tego kraju znajduje odzwierciedlenie w Grupach Bojowych Lotniskowców, czyli lotniskowcach i towarzyszących im armadach okrętów podwodnych, krążowników i niszczycieli. Taka formacja to niesamowicie silny przeciwnik, zdolny zaatakować przeciwnika z powietrza (samoloty oraz rakiety kierowane), wody (działa okrętowe) oraz ziemi (oddziały desantowe Marines). Tak jak przewidywał admirał Mahan - panowanie na morzach otwiera drogę do dominacji na lądach. Zasięg dostępnej na GBL broni pozwala na skuteczne rażenie nawet najgłębiej w lądzie położonych obszarów.

Położenie geopolityczne USA sprawiło, że ostatnią wojną, jaka toczyła się na ich terytorium, było bratobójcze starcie Konfederatów z Unią. Spacyfikowani (Meksyk) i przyjaźni (Kanada) sąsiedzi nie sprawiali Stanom większych kłopotów. Niebywale niszczycielskie starcia toczone w Europie (szczególnie w jej wschodniej części) nie dotknęły w żaden sposób samych Amerykanów. Nawet atak Japonii na bazę w Pearl Harbour (7 grudnia 1941) miał miejsce tysiące kilometrów od kontynentu amerykańskiego. Ani Japończycy, ani Niemcy nigdy nie mieli najmniejszych szans na udany desant u wybrzeży USA. Warto zauważyć, że wojna paradoksalnie pomogła Stanom umocnić się na pozycji światowego hegemona - o tym piszę w dalszej części tekstu.

Imigracja i mit założycielski USA

W XIX i na początku XX wieku Ameryka byłą ziemią obiecaną dla Europejczyków. Do wybrzeży USA przybijały statki z Irlandczykami, Anglikami, Szkotami, Chińczykami, Niemcami, Polakami, Włochami i reprezentantami wielu innych nacji. Miliony osób ciągnęło tam w poszukiwaniu lepszego bytu. Trudno im się dziwić. Weźmy na przykład Anglię - zatłoczone i brudne miasta, bieda, dysproporcje finansowe, zabetonowana scena polityczna, scementowane struktury społeczne… Ameryka dawała szanse na nowy start - na zdobycie majątku i osiągnięcie pozycji. Oferowała wolność i równość, choć oczywiście wyłącznie dla dorosłych białych mężczyzn. Bezkresne przestrzenie stopniowo przyłączanych i kolonizowanych terytoriów w centralnej i zachodniej części kontynentu kusiły możliwością posiadania własnego kawałka ziemi. To nie wolność gospodarcza - bo podobna była w XIX-wiecznej Anglii - otwierała takie perspektywy. Czynnikiem sprawczym była tu “młodość” państwa, skorzystanie z momentu jego formowania. W krajach pochodzenia imigrantów nie dochodziło do wymiany elit (albo dochodziło bardzo wolno) - w dziewiętnastowiecznych Stanach elity dopiero się tworzyły, choć w nieco innej formie niż na Starym Kontynencie.

Mitem założycielskim USA było marzenie o nowym kraju, w którym nie istnieją sztywne ramy hierarchii społecznej. W mojej opinii w tym micie było wiele prawdy - ale tylko przez pierwsze kilkadziesiąt (40? 50?) lat istnienia państwa. Później nie powstało wcale społeczeństwo równościowe - świeże struktury skostniały, tworząc nowe podziały. Główną osią dzielącą ludzi na lepszych i gorszych stał się posiadany kapitał - zastępując kwestie wysokiego lub niskiego urodzenia. Nowe elity zaczęły powstawać wokół partii - wystarczy zwrócić uwagę na słynne klany polityczne, a także na utrwalone wzorce głosowania w poszczególnych stanach. Tu również najważniejszy jest kapitał - we współczesnych Stanach zdobycie mandatu kongresmena lub (tym bardziej) senatora jest ściśle uzależnione od osobistego majątku i wsparcia biznesu.

Przy omawianiu mentalnościowego podłoża sukcesu ekonomicznego USA nie wolno pomijać roli etosu protestanckiego. Pierwsi osadnicy na kontynencie pochodzili z Anglii i były purytanami, wyjątkowo żarliwymi religijnie ludźmi. Wierzyli (i nadal wierzą) w predestynację - czyli w to, że każdy człowiek jest przez Boga z góry przeznaczony do zbawienia lub potępienia. Ta dość kuriozalna koncepcja, stojąca według wielu (w tym wedle mnie) w sprzeczności z elementarnymi zasadami chrześcijaństwa, miała ogromny wpływ na rozwój etosu ciężkiej pracy. W purytanizmie (i kalwinizmie) bowiem łaskę daną od Boga (a więc przeznaczenie do zbawienia) widać już na Ziemi - objawiać się ma ona zamożnością danego człowieka. Majątek więc to widoczny znak przychylności Niebios.

Purytanie pracowali ciężko, dążąc do pomnożenia pieniędzy, co można określić jako swego rodzaju samospełniającą się przepowiednię. A dlaczego taka koncepcja kłóci się z fundamentami chrześcijaństwa? Przede wszystkim z powodu ofiary Chrystusa na krzyżu, który umarł na nim za grzechy wszystkich ludzi - zbawiając ich w ten sposób. Jeśli więc czyny człowieka nie mają znaczenia, bo wszyscy są predestynowani, to poświęcenie Jezusa traci sens. Idąc dalej, można dostrzec też zgrzyt w kwestii tego, kim otaczał się Zbawiciel. Czy byli to bogacze? Nie. Sam Chrystus był ubogim cieślą, otaczającym się wyrzutkami społecznymi (poborca podatków, rybak itp.) i gloryfikującym ludzi biednych.

Trzeba jeszcze wspomnieć, że wpływ na mentalność amerykańską nie ograniczał się wyłącznie do koncepcji purytańskich - spore znaczenie ma też fakt dużej liczby imigrantów z Niemiec, w których w zasadzie narodził się kapitalizm, oparty na protestanckiej pochwale ciężkiej, sumiennej i uczciwej pracy. Warto wiedzieć, że dzięki tej masowej imigracji USA stało się krajem z pierwszym na świecie narodem politycznym - utworzonym nie przez więzy krwi i kultury, a wokół określonej idei. To właśnie internalizacja tzw. wartości amerykańskich czyniła z Anglika, Polaka czy Chińczyka obywatela Stanów Zjednoczonych. I to właśnie między innymi energia tych ludzi zbudowała potęgę gospodarczą praktycznie od zera. Między innymi - ponieważ były też inne, równie ważne czynniki.

Polityka i historia

Warto zwrócić uwagę na moment w historii, w którym Stany Zjednoczone wysunęły się na pierwsze miejsce w wyścigu światowych gospodarek. Stało się to na przestrzeni trzydziestu lat - pomiędzy początkiem I wojny światowej w 1914 roku a konferencją w Bretton Woods w 1944 roku. Dwie straszliwe wojny zniszczyły Stary Kontynent, spychając tym samym Wielką Brytanię z pozycji lidera globalnej ekonomii. Warto podkreślić, że żadna z tych hekatomb nie toczyła się na terytorium USA. Stany Zjednoczone podczas II wojny światowej doskonale wykorzystały moment osłabienia swojego rywala ekonomicznego, czyli Wielkiej Brytanii. Jeszcze w latach 30. funt był światową walutą, a imperium brytyjskie kontrolowało globalny handel. Jak to się stało, że Anglicy stracili tak wiele?

Zaczęło się od klęski we Francji w 1940 roku, kiedy Brytyjski Korpus Ekspedycyjny ewakuował się z Dunkierki, zostawiając tony sprzętu wojskowego na plażach. Rosnąca w oczach Kriegsmarine zaczęła zagrażać Royal Navy, która była mocno rozproszona, strzegąc kolonii. Brytyjczykom na gwałt były potrzebne zbrojenia - samoloty, karabiny, okręty wojenne. USA były wówczas neutralne, dlatego nie mogły oficjalnymi kanałami sprzedawać uzbrojenia żadnemu z państw w stanie wojny, gdyż oznaczałoby to opowiedzenie się po jednej ze stron konfliktu. Prezydent Roosevelt zezwolił jednak na transakcje typu cash and go, które Brytyjczycy finansowali szybko topniejącymi rezerwami złota. To było bardzo sprytne działanie. Z jednej strony FDR wiedział, że pozbawienie Brytyjczyków złota nadweręży ich pozycję w międzynarodowym handlu,  z drugiej - nie zapominał o tym, jak interwencja (bardzo późna) USA w I wojnie światowej rozkręciła rodzimy przemysł. A to mu było mocno potrzebne, gdyż kraj ciągle cierpiał na konsekwencje Wielkiego Kryzysu. Roosevelt ze wszystkich sił próbował wepchnąć Stany Zjednoczone w II wojnę światową, okłamując jednocześnie społeczeństwo o braku możliwości wysłania “naszych chłopców” do Europy. Niemoc Brytyjczyków została wykorzystana także przy okazji układu niszczyciele za bazy - Amerykanie w zamian za stare i zdezelowane okręty otrzymała cenne bazy na terytoriach kolonialnych.

Japonia rozwiązała problem prezydenta - 7 grudnia 1941 zaatakowała i poważnie zdemolowała amerykańską bazę w Pearl Harbor na Hawajach. Otworzyło to Rooseveltowi drogę do niczym już nie skrępowanych interesów z Wielką Brytanią i resztą zaangażowanych państw. Tak powstał układ Lend Lease Act, zapewniający ogromną pomoc militarną i przemysłową - w formie pożyczki. To porozumienie z jednej strony pozwoliło Brytyjczykom wygrać wojnę, a z drugiej - zadłużyło ten kraj na dziesięciolecia. Ostatnią ratę rząd jej królewskiej mości zapłacił… 26 grudnia 2006 roku. Dostawy ogromnych ilości sprzętu wojskowego - zgodnie z przewidywaniami Roosevelta - rozgrzały gospodarkę Stanów Zjednoczonych. W tym kontekście nie dziwi wcale informacja, że USA razem z ZSRR wymyśliły koncepcję wojny do bezwarunkowej kapitulacji. Stalin miał obsesję na punkcie tego, że Alianci mogą dogadać się za jego plecami z Hitlerem. Roosevelt zaś nie chciał przedwcześnie kończyć wojny, ponieważ przemysł zbrojeniowy Ameryki dopiero się rozkręcał.

Świeżo uzyskaną dominację gospodarczą USA przypieczętował system z Bretton Woods. W jego ramach powstał Międzynarodowy Fundusz Walutowy, a globalny handel został mocno uregulowany. Światowym pieniądzem stał się de facto dolar, mający pokrycie w złocie. W późniejszych latach na Stary Kontynent popłynął szeroki strumień dolarów przeznaczonych na odbudowę zniszczonych wojną państw. Plan Marshalla był bezprecedensowym aktem w historii świata - bardzo pomocnym, ale jednak nie altruistycznym. Tęgie głowy w USA (w tym właśnie generał Marshall, doskonały dowódca wojskowy i wielki polityk) dostrzegły, że silnej Ameryce konieczna jest odbudowana i pokojowa Europa. Pomoc - częściowo zwrotna - napędziła zarówno gospodarki Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i innych dotkniętych wojną państw, jak i przedłużyła ekonomiczne prosperity w Stanach, które opierało się na wyśrubowanej produkcji przemysłowej i militarnej.

Wpływ lewicy na USA

Niezwykle ciekawy jest fakt, że w Stanach Zjednoczonych lewica nigdy nie zdobyła władzy. Co prawda, niektórzy upierają się, by amerykańskich Demokratów nazywać lewicowcami, jednak nie wydaje mi się, by była to zasłużona etykietka. Partia Demokratyczna tak naprawdę jest organizacją o profilu centrolewicowym - z naciskiem na człon “centro”. W jej ramach istnieją frakcje “prawdziwie” socjalistyczne, jednak w mainstreamowym dyskursie nie mają one większego znaczenia. Wynika to z amerykańskiego przewrażliwienia na punkcie komunizmu. W czasach Zimnej Wojny panował powszechny strach przed szpiegami z ZSRR. Wyczyny Komisji McCarthy’ego zapisały się w języku jako makkartyzm - synonim fanatycznej podejrzliwości.

Z drugiej strony pewne ziarnko prawdy w “polowaniu na czarownice” było. Od kilkunastu lat na światło dzienne wychodzą doniesienia na temat szpiegów (lub agentów wpływu), którymi otaczał się prezydent Franklin Delano Roosevelt. Prawdopodobnie to za ich sprawą władze USA były tak przychylne Stalinowi w kluczowych kwestiach. Z tej przyczyny dla wielu Amerykanów rozwiązania, które w Europie są standardem akceptowanym nawet przez konserwatystów - mowa tu m.in. o płacy minimalnej i o ubezpieczeniu społecznym - są “komunistyczne” lub “socjalistyczne”. Sprzyja temu tzw. patriotyczna retoryka, stawiająca na piedestale indywidualizm, wolność (rozumianą jako brak ingerencji) oraz mityczne szanse na bogactwo dla każdego. Ten - mocno zmurszały już - etos “od pucybuta do milionera” przyczynił się do wieloletniego dławienia postulatów zwolenników rozwiązań prosocjalnych. Mit mlekiem i miodem płynącej Ameryki, dającej szansę każdemu, powinien upaść wraz z zakończeniem podboju tzw. Dzikiego Zachodu. Trwał i trwa jednak nadal, wmawiając ludziom z dołu drabiny płacowej, że będą kiedyś tak bogaci jak ich szef, który płaci im marne grosze.

Mimo niesprzyjającego klimatu efemerycznym formacjom lewicowym udało się mocno zmienić amerykańską rzeczywistość. Co charakterystyczne, nigdy nie czyniły one tego bezpośrednio, bo ani razu - w ciągu ponad dwustuletniej historii Stanów - nie rządziły krajem. Ich postulaty - powtarzane przez całe dekady - raz po raz wchodziły do programów mainstreamowych partii. Zazwyczaj wtedy, gdy władzom tych ostatnich to odpowiadało. Tak było w przypadku zniesienia niewolnictwa - hasła abolicjonistów zostały przejęte przez Partię Republikańską po to, by osłabić wpływy konserwatywnego Południa. A obecnie bardzo podkreślająca ideały równości rasowej Partia Demokratyczna pod koniec XIX wieku niechętnie patrzyła na Afroamerykanów z prowincji, walcząc o prawa białych robotników z wielkich miast. Podobnie działo się z ruchami sufrażystek, ignorowanymi przez wielkie partie przez całe dziesięciolecia. Kobiety uzyskały prawo głosu dopiero w 1920 roku, a więc dwa lata po II Rzeczypospolitej, która to rozwiązanie miała w swoich fundamentach - w programie rządu lubelskiego Ignacego Daszyńskiego, a miesiąc później w dekrecie przedwyborczym Józefa Piłsudskiego.

Amerykańska gospodarka współcześnie

USA od lat dzierży palmę pierwszeństwa w zestawieniu najbogatszym państw świata według Produktu Krajowego Brutto z wynikiem ponad 16 bilionów dolarów. Stany wyprzedzają Chiny (dwa razy mniejszy wynik), Japonię (10 bilionów mniej) oraz Niemcy (prawie 5 razy mniej). Pod względem PKB per capita Amerykanie zajmują dziewiątą pozycję - w 2013 roku wynosił on 51,7 tysiąca dolarów. USA powoli wychodzą z wielkiego kryzysu, który zahamował ich gospodarkę na dobre parę lat. Wzrost PKB za poprzedni rok wyniósł 1,9%, co jest wynikiem sporo niższym od zanotowanego w 2012 skoku o 2,8%. Niemniej są to już wskaźniki mocno powyżej zera i wiele wskazuje na to, że w kolejnych latach będą się jeszcze zwiększać.

Jeśli chodzi o politykę fiskalną, budżet Stanów Zjednoczonych od lat jest na minusie. To wynik koniecznych w czasie kryzysu interwencji rządu w machinę ekonomiczną. Rok 2013 skończył się burzliwą debatą wokół ustawy budżetowej. Grupa ekstremistów z Tea Party (ultrakonserwatywne skrzydło Partii Republikańskiej) doprowadziła do impasu w negocjacjach, co skutkowało tzw. Government Shutdown. Tysiące urzędów i instytucji należących do rządu federalnego (w tym np. Statua Wolności) przestało działać, a rzesze pracowników budżetówki poszły na przymusowe urlopy. Podobne wydarzenia miały miejsce również za prezydentury Billa Clintona - co ciekawe, nigdy nie odbijały się one negatywnie na administracji federalnej. Społeczeństwo USA - poniekąd słusznie - zazwyczaj obwinia samych sprawców zamieszczania, czyli Republikanów zrywających rozmowy.

Podsumowanie

Stany Zjednoczone to kraj niezwykły. Jego historia jest dość krótka, jednak obfitująca w doniosłe wydarzenia, które ukształtowały jego charakter. Przez całe dekady USA przyciągały ludzi szukających lepszego życia. Dziś - mimo kryzysu i wielkich nierówności społecznych - Ameryka nadal mami wielu perspektywą bogactwa. Pozostaje dla innych krajów punktem odniesienia, niedoścignionym wzorcem i przewodnikiem w gospodarczym świecie.