Ukraina - gdy było jeszcze spokojnie… (cz. 1)

Dramatyczne wydarzenia na Ukrainie z pewnością zniechęcają turystów do odwiedzenia tego pięknego kraju. To smutne, gdyż nasz wschodni sąsiad oferuje wiele naprawdę fantastycznych miejsc do zobaczenia - takie jak malowniczy Krym. Trzymajmy kciuki za to, by niedługo sytuacja się poprawiła, dzięki czemu podróże na Ukrainę będą znów możliwe. A tymczasem zapraszamy do przeczytania relacji z wyprawy wakacyjnej Lwów - Kijów - Teodozja - Odessa - Lwów, która miała miejsce w wakacje 2012 roku. Bohaterami owej opowieści jest trójka przyjaciół - w tym autor tekstu we własnej osobie.

Ukraina: etap pierwszy - podróż przez Polskę i granica

Wielu może zaskoczyć stwierdzenie, że najbardziej męczącym etapem trasy na Ukrainę była… podróż przez Polskę. Miastem docelowym był Przemyśl, skąd do granicy w Medyce jest tylko parę kilometrów. Pociąg - jadący zresztą ekstremalnie długą drogą ze Szczecina - wlókł się niemiłosiernie, a przysypianie na siedząco w wielkim ścisku nie należało do najprzyjemniejszych. Wymęczeni wysiedliśmy wczesnym rankiem na pięknie odnowionym, choć depresyjnie pustym dworcu w Przemyślu. Stamtąd udaliśmy się na postój busików, które za dwuzłotową monetę wożą wszystkich chętnych do przejścia granicznego Medyka-Szegini. Mając w głowie poprzednie doświadczenia, spodziewaliśmy się trudności przy przekraczaniu granicy - szczególnie ze strony ukraińskich celników. Baliśmy się także kolejek tzw. mrówek, czyli ludzi żyjących z drobnego handlu transgranicznego. Można ich spotkać zaraz po wyjściu z busika - natrętnie podtykają pod nos przeniesione przez granicę (mniej lub bardziej legalnie) papierosy, wódkę i rozmaite wschodnie precjoza. Ot, koloryt.

Jak się okazało, tym razem nie napotkaliśmy przy przejściu na mrówkowy sznur, odprawa zajęła nam zaledwie kilka minut. Kolejny etap podróży to dojście pod spory sklep spożywczy, gdzie zatrzymują się tzw. marszrutki, czyli mocno sfatygowane busy rejsowe. Mieszkańcy Wrocławia mogą tam poczuć się jak w domu - rozkład jazdy co prawda wisi, ale przestrzeganie go najwyraźniej nikogo nie obchodzi. Trzeba po prostu stać i czekać, ściskając w ręku kamyk zielo...garść wymienionych w pobliskim kantorze hrywien. Co ciekawe, za przejazd można również zapłacić złotówkami - to wydaje się bardziej opłacalną opcją, gdyż kursy walut przy przejściu granicznym są, delikatnie mówiąc, zawyżone. Gdy już podjedzie z dawna czekany busik z napisem “Львів” (Lwiw - czyli Lwów), można doznać niezłego szoku. Poziom wyeksploatowania pojazdu bywa straszliwy, a tajemnicze butle umieszczone na jego dachu tylko potęgują lęk. Sytuacji nie poprawia wrodzona brawura kierowców, która w połączeniu z fatalnym stanem dróg (choć przy okazji Euro 2012 sporo się zmieniło) wywołuje ataki choroby morskiej i nakłania do rachunku sumienia oraz cichych modlitw. Po półtoragodzinnej wyczynowej jeździe w wielkim ścisku (i tak było nie najgorzej, kiedyś na trasie do Kamieńca Podolskiego jedną z pasażerek była wonna koza) trafiliśmy wreszcie do pięknego Lwowa.

Ukraina: etap drugi - Lwów i podróż do Kijowa

Mój przyjaciel i ja znamy Lwów bardzo dobrze, przyjazd do niego był więc atrakcją głównie dla trzeciego z nas, który zaliczał właśnie swój ukraiński debiut. Dla takich jak on szokiem kulturowym może być przede wszystkim inny alfabet - podobny do rosyjskiego. Po nauczeniu się liter - to niemal sentymentalna podróż do przedszkola - zrozumienie napisów po ukraińsku nie przysparza wielu problemów. Jako że dłuższe zwiedzanie tego pięknego miasta zaplanowaliśmy na koniec naszej wyprawy, czas pozostały do odjazdu pociągu (jakieś 6h) spędziliśmy, ucztując w pizzerii niedaleko rynku i rozmawiając z koleżanką ze studiów, która kupiła dla nas bilety do Kijowa i Symferopola. Dlaczego prosiliśmy ją o ten zakup? Nie mieliśmy zaufania do internetowego systemu ukraińskich kolei. Na forach można było znaleźć wiele skarg ludzi, których pieniądze przepadły gdzieś w czeluściach dworcowej kasy. A warto wiedzieć, że bilety trzeba zamawiać z dużym wyprzedzeniem. To konieczne, ponieważ są one zawsze na określone miejsce. Na Ukrainie wyróżnia się kilka klas podróży - podstawowa to tzw. siedatyj, czyli miejsce siedzące w zatłoczonym i niezbyt miło pachnącym wagonie. Plackartnyj zaś to miejsce sypialne w otwartym wagonie. Otwartym, czyli że w dzień, gdy nie ma na łóżku pościeli, może na nim zasiąść każdy - głównie osoba śpiąca nad tobą lub po drugiej stronie korytarza. My wybraliśmy klasę kupiejną, co oznacza łóżko w czteroosobowym, zamykanym przedziale. Taki bilet jest niezwykle atrakcyjny cenowo - nawet na długich, wielogodzinnych trasach zapłaci się średnio pomiędzy 50 a 80zł. Ostatnim standardem podróży jest klasa ljuks, kosztujące krocie - o czym się zresztą przekonaliśmy później - miejsce sypialne w dwuosobowym przedziale.

Czekanie na pociąg na dworcu lwowskim jest bardzo przyjemne. Ten zabytkowy budynek został pięknie odnowiony, a turystów z zachodu na pewno ucieszą komunikaty i napisy w języku angielskim. Gdy już wsiedliśmy do wagonu - a warto wiedzieć, że jego kierownik, czyli prawadnik, zabiera bilet przy wejściu - mieliśmy miłą niespodziankę. Okazało się, że na ośmiogodzinnej trasie (pociąg jedzie bardzo szybko w porównaniu z polskimi standardami) będziemy spać w kapitalnych warunkach. Przedziały zostały gruntownie odnowione, zamontowano (działającą!) klimatyzację oraz (działające!) lampki, ponadto do dyspozycji mieliśmy (działające!) kontakty z prądem oraz (działający!) internet. Taka podróż to przyjemność - trzeba jeszcze tylko ułożyć pościel otrzymaną od prawadnika (dodatkowa opłata, jakieś parę złotych) i można spać.

Mała wskazówka - jeśli w podróży dokucza głód lub pragnienie, podczas postoju na każdej ze stacji (a trwają one długo) można kupić żywność i napoje od drobnych sprzedawców, którzy koczują na peronie. Najlepszym wyborem są albo pierogi z ziemniakami i cebulą lepione własnoręczne przez handlujące babuszki, albo różne odmiany cieburieków, czyli smażonych bułek z nadzieniem. Te ostatnie to ukraiński specjał - można napotkać m.in. na wersje z mięsem baranim (uwaga, potencjalne strucie) oraz z kapustą i grzybami. Ciasto takiej bułeczki przypomina mocno to, które stosuje się u nas przy robieniu pączków. Pragnienie najlepiej gasi się kwasem chlebowym - napojem w Polsce powszechnie dostępnym, ale często dość słabej jakości. Ukraińskie kwasy zaś są przepyszne - idealne na upały.

Ukraina: etap trzeci - Kijów

Gdy się obudziliśmy, za oknem majaczyły już niezwykle rozległe kijowskie przedmieścia. Stolica Ukrainy ma aż 835 km² i prawie 3 miliony mieszkańców - dla porównania: Warszawa może się pochwalić 517² km oraz 1,7 miliona obywateli. Zanim dotarliśmy do monumentalnego dworca, zdążyliśmy zobaczyć setki betonowych bloków o gargantuicznych wymiarach, jakich na próżno szukać w nawet najbardziej zniszczonych przez PRL miastach Polski. Wysiadka i przejście przez niebywale zatłoczony dworzec kijowski stanowiła nie lada wyzwanie. Cała nasza trójka była onieśmielona widokiem głównej hali. W pierwszym momencie zdawało nam się, że oto znajdujemy się w środku ogromnej bizantyjskiej bazyliki, bowiem ze zdobionych sklepień kapały złotem pyszne żyrandole, a ze ścian patrzyli na nas ponuro święci sprzed wieków.

Przygniecieni niemal do ziemi ich karcącym wzrokiem i swoimi ciężkimi plecakami udaliśmy się do pobliskiego McDonalda (jedyny przybytek gastronomiczny czynny o 6 rano - cenna informacja dla podróżnych), gdzie zatankowaliśmy kawę (dobra) i zjedliśmy zestaw śniadaniowy (tradycyjnie ohydny). Później ruszyliśmy w kierunku niedalekiej stacji metra - tam dowiedzieliśmy się, że płaci się nie za przejazd, a jedynie za wejście na teren stacji. W ten sposób za marne dwie hrywny (wtedy to było 80 groszy, dziś zaledwie 56) można jeździć do woli. Wtedy też uświadomiliśmy sobie, że monumentalizm będzie już zawsze towarzyszył nam w stolicy Ukrainy. Trwający dobrych kilka minut zjazd schodami ruchomymi w czeluście stacji robił wielkie wrażenie. To uczucie pochłonięcia przez ziemię, połykania przez ogromnego potwora. Albo mniej baśniowo - doświadczenie jak przy zjeździe na kopalnianą szychtę.

Podróż zatłoczonym - jak chyba w każdej stolicy - metrem trwała krótko. Dotarliśmy w pobliże centrum miasta, gdzie znajdowało się wynajęte przez nas mieszkanie. Udało nam się je zarezerwować przez serwis Wimdu. Jak się okazało, dogadanie się z rosyjskojęzyczną właścicielką było dość problematyczne - mimo znajomości podstaw  języka trzeba było się posiłkować gestami oraz… translatorem Google z funkcją głosową. Te trudności rekomensowała w pełni cena wynajmu - za pokój, kuchnię, łazienkę oraz balkon zapłaciliśmy poniżej 30 zł od osoby! I to w centrum miasta, zaraz obok najwyższego w Kijowie drapacza chmur i rzut kamieniem od Chreściatyku, czyli głównej arterii metropolii, prowadzącej do sławnego Majdanu.

Ale stolica Ukrainy tylko pozornie była łaskawa dla naszych portfeli. Drenaż kieszeni miał miejsce później - głównie w sklepach spożywczych oraz restauracjach. Horrendalne ceny tłumaczyliśmy sobie niedawnym Euro 2012, będącym okazją do wydojenia zagranicznych (w domyśle: nadzianych) gości. My najwyraźniej także zostaliśmy do tej grupy zaliczeni, bo oskubywano nas zarówno przy zakupach na śniadania i kolacje, jak i w knajpach, w których za niewielki talerz (skądinąd pysznych) ukraińskich pierożków (warieniki, pielmieni itp.) płaciliśmy jak za zboże. Drogo było także w ormiańskiej restauracji niedaleko ambasady RP (ulica Jaroslawiw wał). Jednak mimo iż zabuliliśmy tam porządnie, nie żałowaliśmy - jedzenie było fantastyczne, a jego spożywanie uświetnił występ tancerki brzucha.

Punktem obowiązkowym w trakcie wizyty w Kijowie jest spacer Chreściatykiem, głównym traktem miastem. To ulica wybudowana po wojnie praktycznie od zera - stąd jej socrealistyczna architektura. Idąc po deptaku, można poczuć się naprawdę malutkim, ponieważ cień wielkich budynków - mieszkalnych i usługowych - naprawdę przytłacza. W jednym miejscu natknęliśmy się nawet na warszawski Pałac Kultury w odrobinę mniejszej skali, zamieszkiwany przez setki ukraińskich rodzin. Chreściatyk prowadzi do Majdanu Niezależności, miejsca radosnych wydarzeń w 2008 i dramatów na przełomie 2013 i 2014 roku. Wtedy nic jeszcze nie zapowiadało katastrofy -  widać było wyraźnie, że Majdan jest ulubionym miejscem spotkań młodych kijowian. Zewsząd dobiegała muzyka, ludzie robili zakupy na straganach, a fontanna kusiła orzeźwiającym chłodem swojej wody. Prawdziwa idylla wśród betonu i kamienia. Kto by pomyślał, że półtora roku później w miejscu, w którym piłem zimną colę, ktoś padnie od kuli snajpera. Kto by pomyślał, że kostka brukowa, po której wtedy stąpaliśmy, splami się krwią berkutowców.

Z miejsc, które odwiedziliśmy, trzeba wymienić jeszcze plac z pomnikiem hetmana Chmielnickiego, na którym na słońcu bielą się i złocą budynki tzw. Sofii Kijowskiej, czyli Soboru Mądrości Bożej. Niestety, wstęp do środka kompleksu był zabójczo drogi, a my chcieliśmy zachować zaskórniaki na obiad - z żalem zrezygnowaliśmy więc ze zwiedzania. Inny ciekawy rejon to nabrzeżne wzgórze za Majdanem, skąd rozciąga się przepiękna panorama na szeroki Dniepr. Na szczycie znajdują się komunistyczny pomnik przyjaźni ukraińsko-rosyjskiej,  wznosząca się nad nim dziwaczna betonowa tęcza (?!) oraz monument upamiętniający dawne, kozackie czasy. Następny interesujący punkt to Padił, czyli dolna, starsza dzielnica Kijowa. Pnie się tam w górę malownicza ulica pełna artystów i teatrów, przy której znajduje się muzeum mistrza Michaiła Bułhakowa. Uwaga! Zwiedzanie tylko w grupie wcześniej umówionej - niestety. Miłośnikom wschodniej przaśności i siermięgi, spotykanych kiedyś na ulicach polskich miast, poleca się wycieczkę na którąkolwiek ostatnią stację metra. Po dłuższej chwili ląduje się na obcej planecie - znikają pozłacane kopuły cerkwi i stalinowskie kamienne zamki, a w ich miejsce pojawiają się (widziane wcześniej z okien pociągu) sięgające nieba betonowe potwory, siedliska setek tysięcy kijowian. W przestrzeniach pomiędzy blokami znajdują się bezwładnie rozrzucone zaśmiecone targowiska, na których można kupić wszystko - od rozwartego w niemym krzyku łba świni, po części do traktora i pokraczną podróbkę iPhone’a.

I to tyle o Kijowie. Minąwszy po raz drugi i ostatni kijowskich świętych wymalowanych w hali dworca, wsiedliśmy do pociągu relacji Kijów-Symferopol.

 

Artykuły z cyklu
„Ukraina - gdy było jeszcze spokojnie”
Zobacz wszystkie