Ukraina - gdy było jeszcze spokojnie… (cz.2)

Ukraina: etap czwarty - podróż na Krym, Teodozja

A długa to była droga. Ponad pół doby spędziliśmy, odpoczywając na pociągowych łóżkach. Raz warto było podnieść się z pościeli, by podziwiać nieziemskie widoki za oknem, które przewijały się w trakcie przekraczania mostu na wąziutkim Przesmyku Perekopskim. Z obu stron woda,  a nasz pociąg jakby unosił się nad nią, lecąc w stronę lądu - przepiękne miejsce. Rano znaleźliśmy się na ciemnym od ludzi dworcu autobusowo-pociągowym w Symferopolu (stolica Krymu). Tam udało się nam kupić bilet (ok. 10zł.)na autobus rejsowy do Teodozji, celu naszej tułaczki. W trakcie liczącej blisko 100 kilometrów drodze mogliśmy podziwiać cudowne krymskie krajobrazy, czyli bezkresne stepy i wyrastające z nich masywne wzniesienia. W Teodozji - znanej mi już skądinąd dobrze - długo czekaliśmy, nim taksówkarz znajdzie na mapie malutki zaułek, w którym znajdował się nasz hotel. A w zasadzie dom z dużym ogrodem, który mówiąca nieźle po polsku pani Ludmiła wynajmuje turystom - a najchętniej Polakom.

Teodozja to typowy nadmorski kurort, pełen straganów z mydłem i powidłem. Wszędzie można kupić lody (marożenoje) oraz tutejszy kebab w cieście (szarma). My stołowaliśmy się dzień w dzień w tym samym miejscu - w poleconej nam przez panią Ludmiłę knajpce tatarskiej. Obsługa była tam nadzwyczaj ponura, jednak przepyszne jedzenie rekompensowało wszystkie straty moralne wynikłe ze znudzonego spojrzenia skacowanego kelnera w nieświeżym dresie. Jadaliśmy tam przeróżne potrawy - jedne potrafiliśmy zidentyfikować po nazwach w karcie - jak np. znane dobrze ukraińskie pierożki - inne próbowaliśmy na własnej skórze, a właściwie na kubkach smakowych. Szczególnie przypadła nam do gustu solidnie obtoczona mocnymi przyprawami jagnięcina, tak trudno dostępna w Polsce. Co ciekawe, za te wszystkie frykasy płaciliśmy znacznie mniej niż Kijowie - dlatego mogliśmy sobie pozwalać każdego dnia na suty obiad z napojami (polecam mocne ciemne wina Ciornyj Polkownik oraz Ciornyj Doktor) i solidnymi deserami.

Na niezbyt atrakcyjnej - bo kamienistej - plaży trudno znaleźć miejsce w ciągu dnia. Lepszą atrakcję stanowi za to nocą, gdyż można relaksować się na niej z butelką pysznego wina w ręku, obserwując sunące w dali światła statków. W dzień polecam udanie się na pieszą wycieczkę do położonej na malowniczych stepowych pagórkach twierdzy genueńskiej - z czasów, gdy Teodozja (wtedy Kaffa) była kolonią tego włoskiego miasta-państwa. Niestety, mało kto dba o te ruiny - z każdym rokiem coraz bardziej niszczeją. Tak czy siak - widok jest warty zobaczenia. Z twierdzą wiąże się ciekawostka - gdy była ona oblegana w XIV wieku przez Tatarów, doszło do pierwszego w historii zastosowania broni biologicznej. Wśród napastników rozprzestrzeniała się wtedy dżuma. Aby osłabić obrońców, Tatarzy zaczęli katapultować swoich zmarłych za mury fortecy. Genueńczycy, którzy uciekli z otoczonej Kaffy, zawlekli dżumę do Europy, rozpoczynając tym samym straszliwą epidemię. Inne miejsce warte zobaczenia to miejscowy cmentarz, położony niedaleko przystanku autobusowego. Wizyta na wschodniej nekropolii to niezapomniane przeżycie. Z każdego nagrobka spogląda na odwiedzających podobizna zmarłego - często uśmiechnięta, czasem smutno zadumana. Spojrzenia nieboszczyków przyprawiają o nieprzyjemne dreszcze i natrętne myśli o kruchości ludzkiego życia.

Teodozja to doskonała baza wypadowa. Udaliśmy się stamtąd na wycieczkę do pobliskiego Kaktjebiela (jakieś 20 minut podróży marszrutką) - miejscowości, która słynie z winiarni. Jeśli ma się szczęście, można natrafić na degustację lokalnych win w którymś z firmowych sklepów. Nam się, niestety, taka okazja nie przytrafiła - zdecydowaliśmy się na zakup kilku butelek na chybił trafił, oceniając je tylko na podstawie rodzajów. Słodkie to sałodkie, wytrawne to suhoje, a połwytrawne - połsuhoje. Wina krymskie są przepyszne, a przy tym niezwykle tanie - butelka kosztuje przeciętnie 10zł. Będąc w Teodozji w poprzednich latach, udałem się raz na wycieczkę do Bakczysaraju, dawnej stolicy chanów. Tam najpierw zwiedza się zjawiskowy pałac Girejów, tatarskiej dynastii władców Krymu. Później przychodzi czas na długi spacer wielkim jarem, w którym można podziwiać wykute w skale miasto - domy, kaplice, a nawet całe klasztory. Końcowym etapem wycieczki jest przepaść w Czufut-Kale, opiewana przez Mickiewicza w Sonetach Krymskich. Stepowy krajobraz widziany z tej wysokości pozostaje na zawsze w pamięci.

Z Teodozji można też wyruszyć marszrutką do Jałty, miasta dla Polski bardzo znaczącego. To tam w lutym 1945 roku Churchill, Stalin oraz Roosevelt ustalali powojenny układ mapy Europy. Porozumienie zostało zawarte w pałacyku w Liwadii, znajdującym się jakieś kilka kilometrów od centrum Jałty. Niedaleko jest położony ogród botaniczny pełen egzotycznych roślin - dla fanów flory to nie lada gratka. Samo miasto nie jest zbyt ładne - warta odwiedzin jest jedynie plaża. Miło jest także przespacerować się po molo, na którym w “Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa obudził się Stiopa Lichodiejew. Znacznie ciekawszy od zwiedzania Jałty jest rejs stateczkiem po rezerwacie Kara-Dag. To wybrzeże pełne interesujących wulkanicznych form skalnych oraz masywna góra, która kiedyś była czynnym wulkanem.

Ukraina: etap piąty - Odessa, Lwów i podróż powrotna

Teodozję musieliśmy opuścić wynajętym dość drogo (ok. 30zł od osoby) busikiem, gdyż rejsowe autokary były całkowicie zapełnione - w sezonie letnim to bardzo częsta sytuacja. W Symferopolu wsiedliśmy do pociągu (klasa kupiejna) do Odessy. Podróż była dość długa - warto  w tym miejscu zaznaczyć, iż - wbrew obiegowej opinii - to słynne miasto nie leży na Krymie, a kilkaset kilometrów na północny-zachód od tego ukraińskiego półwyspu. Z okien naszego pociągu było widać opiewane przez Mickiewicza stepy akermańskie, wielkie trawiaste pustkowia położone pomiędzy Odessą a wylotem z Krymu.

Skąpana w nieśmiałym jeszcze porannym blasku Odessa przywitała nas monumentalnym (bez zaskoczenia) dworcem z ciekawym układem torów (ślepe) oraz całkowitym brakiem otwartych o tej porze przybytków z jedzeniem. Uratował nas oczywiście McDonald - szturmowany przez gromadę niezbyt świeżej młodzieży, wygłodniałej po całonocnej zabawie. Po załadowaniu baterii ruszyliśmy na spacer po ulicach budzącego się miasta. Trzeba przyznać, że Odessa… rozczarowuje. To naturalnie ładna metropolia, pełna pięknych kamienic i fontann, jednak nie przyciąga niczym ciekawym i nie intryguje swoich gości. Liczyliśmy na to, że chociaż słynne odeskie schody, które przeszły do historii dzięki przejmującej scenie w arcydziele filmowym “Pancernik Potiomkin”, wzbudzą w nas jakieś emocje. Niestety - schody jak schody. Wysokie i niezbyt ładne, na dodatek prowadzące wprost na ruchliwą ulicę. Czar z celuloidowych klisz prysł.

Posnuliśmy się jeszcze parę godzin po Odessie, nie natrafiając na nic wartego polecenia. Później udaliśmy się na dworzec, by kupić bilety do Lwowa. Okazało się, że w puli do sprzedaży została tylko klasa ljuks - 240zł od osoby… Cóż, nie było wyjścia. Później przekonaliśmy się, że cena tego standardu jest kompletnie nieuzasadniona - co prawda w przedziale są jedynie dwa łóżka, jednak owego wartego ćwierć tysiąca złotych luksusu za bardzo nie widać. Po nocy (10h podróży) spędzonej w przedziale z bardzo podejrzanym panem obwieszonym złotem trafiliśmy wreszcie do Lwowa.

To dawne polskie miasto przywitało nas tradycyjnie - pięknym, monumentalnym dworcem i absolutnym brakiem otwartych przybytków z jedzeniem. Cóż zrobić - nauczeni doświadczeniem skierowaliśmy swoje kroki do McDonalda, położonego jakieś 200 metrów od głównego miejsca miasta, czyli przepięknej opery. Stamtąd udaliśmy się na Cmentarz Łyczakowski, starą lwowską nekropolię. Tam wciąż odbywają się pochówki, dlatego ukraińskie mogiły są mocno wymieszane z polskimi. Wśród słynnych osób tam leżących można znaleźć m.in. Marię Konopnicką, Stefana Banacha, Artura Grottgera

oraz Franciszka Stefczyka. Warto się wspiąć na cmentarne wzgórze, na którym wśród szumu drzew spoczywają powstańcy styczniowi. Uwagę każdego, kto interesuje się polską literaturą, zwróci nagrobek pułkownika Juliana Ordona, znanego z wiersza “Reduta Ordona” autorstwa Mickiewicza. Wieszcz owego bohatera wielu wojen w swoim dziele uśmiercił - mimo że w rzeczywistości przeżył on poetę o wiele lat.

Punktem obowiązkowym jest położony wewnątrz nekropolii łyczakowskiej cmentarz Orląt Lwowskich, na którym spoczywają młodzi ludzie polegli w trakcie bitwy o Lwów w 1919 roku. Tam też znajduje się płyta nagrobna będąca pozostałością po grobie Nieznanego Żołnierza - niegdyś znajdował się on właśnie tutaj, a nie w Warszawie. Wśród białych żołnierskich mogił czasem można napotkać starsze panie - Polski ze Lwowa, które opiekują się cmentarzem. Warto posłuchać tego, co mają do powiedzenia. Kiedyś jedna z nich powiedziała mi, że są dni, gdy chodząc pomiędzy nagrobkami, słyszy śmiech dzieci. A wokoło nie ma żywej duszy - tylko ona i poległe Orlęta.

Lwów to miasto, które trudno poznać w ciągu jednego dnia. Jego smaki, zapachy, widoki i atrakcje trzeba eksplorować długi i dokładnie, a i tak zawsze zostanie coś, czego nie zobaczyliśmy. W telegraficznym skrócie: koniecznie trzeba zwiedzić katedrę ormiańską oraz kaplicę Bojmów. Obowiązkowym miejscem jest też polska katedra, położona zaraz obok Rynku.

Aby podziwiać piękną panoramę miasta, warto wspiąć się na Wzgórze Zamkowe. Wygłodniałym wrażeń i pysznego jedzenia polecam restaurację żydowską na ulicy (nomen omen) Jewriejskiej. Można zjeść tam przepyszne specjały tej kuchni oraz - uwaga - potargować się z kelnerem przy opłacaniu rachunku. W karcie bowiem na próżno szukać cen, wszystko jest do uzgodnienia z obsługą. W celu nabycia niezapomnianych pamiątek trzeba udać się na placyk targowy niedaleko hotelu Lwiw, gdzie kramarze sprzedają istne dzieła sztuki. Miłośnicy militariów znajdą tam nawet kompletne mundury radzieckie!

W drodze powrotnej spędziliśmy trochę czasu, czekając na swoją kolej przy odprawie granicznej. Kolejkę tworzyły głównie wspomniane wcześniej mrówki. Nagle przez tłum przebiegł szmer niepokoju. Ktoś wykrzyknął zduszonym głosem: “ostra Baśka jest!”, a ludzie zaczęli kłębić się koło śmietników i wejścia do toalety. Jak się okazało, chodziło o szybkie pozbycie się trefnych towarów - przyklejanych do ud, chowanych w biustonoszach, majtkach i butach. Wspomniana Baśka była podobno niezwykle spostrzegawczą celniczką, która nikomu nie pobłażała.

Ukraińscy celnicy byli zainteresowani tym, co wywozimy, a polscy tym, co wwozimy. Trzeba pamiętać o limicie - litr mocnego alkoholu na głowę (powyżej 23%) oraz 40 papierosów. Nie warto kombinować ani próbować chować kontrabandę po torbach - polscy funkcjonariusze dokładnie przeszukują każdą torbę. Nie wolno też wwozić i wywozić żadnych zabytkowych przedmiotów - miejcie to na uwadze w czasie odwiedzin na lwowskim targu staroci.

Potem czekała na nas jeszcze długa podróż przez Polskę pociągiem relacji Przemyśl-Szczecin. Do rodzinnego Wrocławia wróciliśmy zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi. Odkryliśmy kolejny kawałek Ukrainy - kraju w Polsce prawie nie znanego. Teraz, gdy nasi sąsiedzi są na krawędzi wojny, z pewnością nikt nie będzie tak nierozsądny, by udać się tam na wakacje. Ale gdy ucichnie groźba konfliktu - warto wyruszyć na wschód.

 

Artykuły z cyklu
„Ukraina - gdy było jeszcze spokojnie”
Zobacz wszystkie